+48 502 327 667 kkshotokan@onet.eu FACEBOOK

ZGRUPOWANIE WŁADYSŁAWOWO - 2020

dzień 1
Po długim oczekiwaniu, przy trwającej pandemii, doczekaliśmy się tego dnia, w którym mieliśmy rozpocząć naszą wakacyjną przygodę z karate. Wielomiesięczne siedzenie w domu, z dala od prawdziwych treningów, dało nam się już we znaki. Uzbrojeni w maseczki pozwoliliśmy sobie spryskiwać ręce śmierdzącym, znienawidzonym płynem dezynfekującym. Nie mieliśmy też nic przeciwko mierzeniu nam temperatury przy wchodzeniu do autokaru. Cel uświęca środki, a naszym celem było Władysławowo i „Willa Pomorzanka”. Ruszyliśmy ze znanym już nam kierowcą Panem Zbyszkiem, wygodnie i komfortowo autokarem firmy „FOLTRANS” z Gogolina.
dzień 2 
Podróż nam przebiegała spokojnie. Mieliśmy dużo przerw na toaletę i rozprostowanie nóg. Za nami, od samych Krapkowic, ciągle podążał tajemniczy samochód, w którym, jak się okazało na pierwszym postoju, podróżowała część naszej kadry i obozowe maskotki, czyli znany już nam z zeszłego roku Anakin i młody Shogun – owczarek niemiecki. Już na postoju wzbudzali w nas duże zainteresowanie. Szczególnie najmłodsi bardzo chcieli się z nimi bawić. Do Władysławowa dojechaliśmy tuz przed 7 rano i od razu poszliśmy na śniadanie, oczywiście wcześniej umyliśmy i zdezynfekowaliśmy ręce oraz poddaliśmy się mierzeniu temperatury naszych ciał. Po obfitym śniadaniu poszliśmy zobaczyć Władysławowo. Najpierw oczywiście udaliśmy się na plażę. Niektórzy z nas pierwszy raz w życiu zobaczyli morze. Plażą doszliśmy do zejścia przy deptaku. Szybko przeszliśmy przez Aleję Gwiazd Sportu i zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie przy „Koronie Himalajów”. Dzisiaj święto Matki Boskiej Zielnej. Poszliśmy do kościoła, a raczej pod kościół, bo siedzieliśmy na ławeczkach na zewnątrz i co ważne w cieniu. Naszą wyprawę zakończyliśmy spacerkiem handlowym. To jeszcze nie czas na pamiątki, ale gofry, lody i inne słodkości. Nasze pokoje nie były jeszcze gotowe, więc spakowaliśmy nasze bagaże na balkonie naszych trenerów. Dopiero po obiedzie rozpakowaliśmy nasze bagaże i poszliśmy się kąpać.  Morze było cudowne. Piaszczysta plaża, piaszczyste dno i w miarę ciepła woda. Po kolacji mieliśmy spotkanie podczas którego szczegółowo omówiliśmy obowiązujące nas regulaminy i otrzymaliśmy obozowe koszulki, czapki i worki.
dzień 3
Niedziela. Zaczęliśmy od wyjścia do kościoła, oczywiście w naszych obozowych strojach. Skoro niedziela, to trzeba odpocząć. Poszliśmy spokojnie zobaczyć Aleję Gwiazd Sportu i polskiego himalaizmu. Potem znowu lody, gofry i inne smakołyki. Po obiedzie plażowanie i gry na plaży. Wieczorem upragniony trening, szczególny trening. Dlaczego szczególny? Shihan Jolanta Brudniak po ceremonii rozpoczęcia treningu poprosiła na środek Julię Wockę, Jakuba Pilawę, Julię Bartodziej i Tomka Lewandowskiego. Nasza kierowniczka zgrupowania rozdała im tajemnicze zwoje, które z szacunkiem i właściwą etykietą przekazali naszym opiekunom. To była bardzo wzruszająca, chyba nie tylko nas chwila. Nasza kierowniczka odczytała głośno tekst wypisany na zwojach: „My  młodzi karatecy, gratulujemy uzyskania tytułu TRENERA KLASY I (shihan Tadeusz Brudniak) oraz TRENERA KLASY II (shihan Zdzisław Tupko, shihan Oskar Łuczkiewicz i sempai Pola Łuczkiewicz). Czujemy się zaszczyceni, że nasz rozwój w karate i w życiu osobistym możemy zawdzięczać komuś, kto inwestuje nie tylko w swoich podopiecznych, ale również w samego siebie. Życzymy wytrwałości i realizacji najśmielszych sportowych i życiowych zamierzeń, ciągłych powodów do dumy ze swoich zawodników, niegasnącej nadziei na spełnienie swoich marzeń. OSS” . Były brawa… Chwilo trwaj chciałoby się rzec, ale zaczęliśmy trening. Wykończeni, ale szczęśliwi poszliśmy spać.
dzień 4
Pogoda nam sprzyja. Po porannym rozruchu i śniadaniu poszliśmy na plażę. Morze zimne, ale kąpiel cudowna. Młodzi budowali jak zwykle zamki z pisaku, kopali doły, zasypywali piaskiem innych, a starsi grali w piłkę. Czas leciał nam bardzo szybko. Po obiedzie i kolacji treningi. Daliśmy radę.
dzień 5
Tradycyjnie zaczął się od rozruchu. Po śniadaniu jednak szybko wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w drogę na Hel. Czekały tam na nas atrakcje. Najpierw ustawiliśmy się w długiej kolejce i czekaliśmy na wejście do Fokarium Stacji Morskiej im. Prof. Krzysztofa Skóry Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego w Helu. Na pokaz połączony z karmieniem fok mogło wejść tylko 350 osób. Nie mieliśmy wątpliwości, że wejdziemy, bo byliśmy w bezpiecznej strefie J Warto było czekać na występy pięciu fok. Po wyjściu z fokarium poszliśmy na spacer deptakiem. Zrobiliśmy sobie zdjęcie pod pomnikiem Neptuna. Znaleźli się nawet turyści, którzy nam robili zdjęcia, bo fajnie wyglądaliśmy w naszych odlotowych koszulkach. Spacerkiem ruszyliśmy przez port by dojść do kaszubskiej tablicy z napisem „Hel – początek Polski”. Oglądaliśmy bunkry i inne pozostałości po II wojnie światowej. Nasz kierowca, Pan Zbyszek, opowiadał wiele ciekawych historii. Spacerowaliśmy promenadą na Cyplu. Po powrocie do ośrodka czekał nas już tylko wieczorny trening. I tym razem, pomimo zmęczenia, daliśmy z siebie wszystko.
dzień 6
Dzisiaj kolejny dzień niespodzianek. Po śniadaniu poszliśmy do motylarni. Mieliśmy piękne motyle na głowach, nogach, plecach i wszędzie, gdzie tylko im chciało się usiąść. Nie wszyscy mieli to szczęście, by na nich usiadł jakiś motylek, ale cieszyli się, gdy inni zostali wybrańcami tych prześlicznych istotek. Potem poszliśmy na plażę. Dzisiaj morze było wzburzone. Skakaliśmy między lodowatymi, spienionymi bałwanami. To była taka naturalna krioterapia. Podobno bardzo dobra na zakwasy. Po południu i wieczorem mieliśmy Międzynarodowe Testy Sprawności Fizycznej (MTSF). Nasze zgrupowanie to zgrupowanie Kadry Wojewódzkiej Młodzików i Kadry Marszałkowskiej, a testy to konieczność dla wszystkich kadrowiczów.

dzień 7  
Rano tradycyjnie udaliśmy się na rozruch, bo nie ma to jak dobrze zacząć dzień. Potem śniadanko, plażowanie, kąpiel wśród wzburzonych fal Bałtyku, zabawy na plaży, obiadek i trening na boisku. Wszyscy ubrani w kimona potulnie wykonywaliśmy polecenia naszych trenerów. Można powiedzieć dzień jak co dzień, ale nasza kierowniczka rano wywieszając kartkę z planem dzisiejszego dnia napisała, że po kolacji będzie niespodzianka uzależniona od naszego zachowania. Byliśmy grzeczni, bo nie wiedzieliśmy co to za niespodzianka, a znając naszą kadrę, mogliśmy być pewni, że warto czekać na każdą niespodziankę. Jak się potem okazało, na tą niespodziankę czekaliśmy od chwili wyjścia z autokaru we Władysławowie. Tuż za naszym ośrodkiem jest Sowiński Lunapark. Każdego wieczoru patrzyliśmy na oświetlone światła karuzel, słuchaliśmy muzyki i wrzasków ludzi bawiących się na karuzelach. Marzyliśmy o tym, by tam być. Właśnie dzisiejszego wieczoru to marzenie się spełniło. To była nasza niespodzianka. Pod okiem opiekunów spędziliśmy 2,5 godziny w parku rozrywki. Na koniec wszyscy wsiedliśmy na widokową karuzelę i podziwialiśmy Władysławowo nocą. To była super niespodzianka. Dziękujemy.
dzień 8 
Znowu zaczęliśmy tradycyjnie. Rozruch, śniadanko, plaża. Skoro jest pogoda, to korzystamy. Nie wiadomo kiedy pogoda się nam popsuje. Ktoś by pomyślał, że nuda, ale nam się wcale nie nudzi. Po kąpieli wychodzimy sobie na gofry i lody przy plaży, a potem znowu wracamy. Kasy nam ubywa, bo każdy chce zarobić, ale trudno, wakacje są takie krótkie. Po obiedzie mieliśmy jak zwykle godzinną ciszę. Każdy siedział w swoim pokoju i odpoczywał. Przysłowie mówi „pół godziny dla słoniny” a nas tu godzinę codziennie tuczą. Po ciszy zapowiedziany trening na plaży. Ubrani w kimona szliśmy na ulicami Władysławowa wzbudzając ogólny podziw. Na plaży mieliśmy ogromną publiczność.

dzień 9  
Tradycyjnie. Gimnastyka, śniadanie i plażowanie. Potem basen, a wieczorem udział w pokazach tańca towarzyskiego i ognisko. Trzeba przyznać, że u schyłku dnia zapewniono nam sowitą rozrywkę i biesiadę. Wróciliśmy do naszego domu i poszliśmy spać.
dzień 10 
Dzisiaj święto. Nie ma rozgrzewki. Po śniadanku wyjście do kościoła. Pierwsza niespodzianka czekała na nas tuż po wyjściu. Sensei Jola poprosiła, abyśmy ustawili się w kręgu i zaprosiła do środka nasze obozowe maskotki tj. Anakina i Shoguna razem z shihanami Oskarem i Zdzisławem. Nasze pupile otrzymały czarne pandemii, które uroczyście nałożyła im sensei Jola. Teraz wszyscy mamy coś obozowego. Może za rok kierowniczka pomyśli, aby i pieskom od razu kupić jakieś obozowe gadżety. Pieski otrzymał brawa i ruszyliśmy do Muzeum „Hallerówka”, gdzie poznaliśmy historię powstania Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera oraz zaślubin z Morzem Bałtyckim w Zatoce Puckiej. Przy okazji mogliśmy zobaczyć, jak kiedyś wyglądało „życie na plaży” i jak żyli rybacy. Atrakcją była wystawa rzeźb w drewnie. Co ciekawe, muzeum mieści się w domu, w którym kiedyś zamieszkiwał gen. Józef Haller. Kończąc spotkanie z przeszłością udaliśmy się do „Domku do góry nogami”. Niby nic wielkiego, ale środek przyprawiał o zawrót głowy. Nasza kierowniczka płakała ze śmiechu. Dostała takiej głupawki, że trudno nam było uwierzyć, że można aż tak zwariować. Fakt, tez mieliśmy problemy z utrzymaniem równowagi. Niektórzy próbowali robić kata, ale bez powodzenia. Trzeba też przyznać, że były osoby, które nie weszły na piętro domku. Już parter powodował wariacje błędnika i dla własnego bezpieczeństwa opuścili ten przybytek szaleństwa. Gdy już wszyscy zobaczyli domek, to poszliśmy na gofry, oczywiście te bąbelkowe. Niektórzy woleli lody, zapiekanki, hamburgery, a nawet pajdę chleba ze smalcem i ogórkiem kiszonych. Każdy znalazł coś dla siebie. Po obiedzie byliśmy tak zmęczeni, że kierowniczka wydłużyła nam sjestę poobiednią. Sama też się pewnie biedaczka zdrzemnęła z radością. Wieczorem poszliśmy na oglądać zachód słońca i puszczać lampiony życzeń. Z zachodem wyszło kiepsko, bo słońce zaszło za drzewami a nie nad morzem. Za to lampiony pięknie szybowały do góry. Teraz trzeba tylko czekać, aby spełniły się życzenia, które niosły ku gwiazdom. Piękny dzień. Szkoda, że jutro wracamy do domów.
dzień 11
WRACAMY DO DOMU ............................

Nasi partnerzy