+48 502 327 667 kkshotokan@onet.eu FACEBOOK

LETNIE ZGRUPOWANIE KARATE MIELNO 2019

pierwszy dzień zgrupowania
Po wielu miesiącach oczekiwań nadszedł dzień wyjazdu. Autokar firmy FOLTRANS przyjechał najpierw po grupę wsiadającą w Koźlu, a potem, w Krapkowicach wsiadła cała reszta uczestników naszej wyprawy. Nasza ekipa to zawodnicy z Klubu Karate – do SHOTOKAN Krapkowice, LKS ZARZEWIE Prudnik, „BUHIDO” Kędzierzyn – Koźle, NIDAN Zawadzkie oraz LKS Głubczyce. Pan Zbyszek, nasz kierowca, bardzo dbał o to, byśmy bezpiecznie dojechali na miejsce. Komfortowy autokar dał wszystkim możliwość wyspania się w czasie drogi. Nad ranem byliśmy w Ośrodku Wypoczynkowym „Bałtyk” w Mielnie/Unieściu. Szybko i sprawnie zakwaterowaliśmy się w pokojach. Po śniadaniu zapoznaliśmy się z regulaminami, poznaliśmy drogę ewakuacyjną i mogliśmy w końcu wyruszyć na pierwsze spotkanie z morzem, a także spacer po Unieściu, bo przecież lody, gofry i inne niespodzianki w sklepikach też na nas czekały. Jednak pierwszą niespodzianką, jaka nas spotkała było dostanie obozowych koszulek, czapeczek i worków. Nie brakło też niespodzianki od naszego przewoźnika, który poczęstował nas pysznymi krówkami. Po obiedzie, przebrani w stroje kąpielowe poszliśmy zrelaksować się na plaży. Wystarczyło przejść przez ok. 70 metrów, by wykąpać się w Bałtyku, lecz nic z tego. Gdy tylko weszliśmy na plażę załopotała nam czerwona flaga.  O kąpieli mogliśmy tylko pomarzyć. Znaleźliśmy jednak rozwiązanie. Okazuje się, że mocząc tylko nogi można się wykąpać od stóp do głów. Przyjechaliśmy jednak na zgrupowanie karate, a skoro dzisiaj wszystko było pierwsze, to i pierwszy trening też należało odbyć. Trzy grupy, pod okiem trzech trenerów, nie mylić z tenorami, rozpoczęły swoje treningi. Jak zawsze dawaliśmy z siebie wszystko, ale tym razem mieliśmy też widzów, którzy podziwiali nasze zmagania. Mokrzy wróciliśmy do swoich pokojów, by po kąpieli udać się na w pełni zasłużony odpoczynek.
drugi dzień zgrupowania
Dzień zaczęliśmy od rozruchu, bo tak robią sportowcy.
Po śniadaniu pojechaliśmy do Ogrodów Tematycznych Hortulus w Dobrzycy. Nie ma co się rozpisywać. To trzeba było zobaczyć!
Po obiedzie na plażę, ale znowu powitała nas czerwona flaga. Moczyliśmy nogi.
Wieczorem oczywiście trening.

trzeci dzień zgrupowania
Zaczęliśmy oczywiście od porannej gimnastyki, bo w zdrowym ciele zdrowy duch!
Korzystając ze słonecznej pogody, po śniadaniu poszliśmy na plażę. Najmłodsi zajęli się piaskowym budownictwem, a starsi plażowaniem oraz różnymi grami zespołowymi. Nie zapomnieliśmy jednak o kąpieli w lodowatych wodach Bałtyku. Ratownik w trosce o nasze zdrowie, przed każdym wejściem w objęcia morskich bałwanków, robił nam dodatkową rozgrzewkę. Wymyślał biegi, pompki, pajacyki lub inne cuda. Zawsze potrafiliśmy sprostać jego wyzwaniom.
Po obiedzie wyjazd do Dobrzycy, tym razem to Ogrody Hortulus Spectabilis. Dostaliśmy komórki, za którymi bardzo tęskniliśmy. Nie chodzi tu o jakieś rozmowy z najbliższymi, ale o muzykę i gry. No, może najmłodsi chcieli dzwonić, by usłyszeć głos mamy oddalonej setki kilometrów od nas. Po przybyciu na miejsce udaliśmy się do labiryntu. Podzieleni na grupy weszliśmy w jego tajemnicze ścieżki. Niektórzy sprytnie wykorzystywali telefony komórkowe, by znaleźć wyjście. Inni korzystali z obranych przez siebie strategii. Po półtoragodzinnych zmaganiach udało się nam wszystkim wyjść na zewnątrz. Rozpoczęliśmy zwiedzanie ogrodów. Niestety pomimo ogromu czasu, jaki mieliśmy na zwiedzanie i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego. Widać, trzeba tu będzie kiedyś powrócić na cały dzień.
Wieczorem oczywiście trening :) Nie dla wszystkich. Nasza Pani kierownik razem z sensei Jolą poszły na plażę i o zachodzie słońca zrobiły zdjęcie najpiękniejszej tęczy, jaką w życiu widziały. Trzeba kobietom uwierzyć, w końcu swoje już przeżyły.My z miejsc, w których trenowaliśmy widzieliśmy tylko kawałek tej tęczy, ale musimy przyznać, że była wyjątkowo piękna.

czwarty dzień zgrupowania
Dzisiaj niedziela. Dzień święty. Nie ma rozruchu. Mogliśmy pospać dłużej. Śniadanie dopiero o 8:35. Piękny, słoneczny dzień wykorzystaliśmy na plażowanie. Pierwszy raz opalaliśmy się  cały boży dzień. No może nie tak cały, bo po przed godziną 13 wróciliśmy do ośrodka na obiad, ale po ciszy poobiedniej znowu mogliśmy odbywać sesje bałtyckiej krioterapii.
Wieczorem też inaczej niż zwykle, bo zamiast treningu ruszyliśmy na Leśną Pętlę Przygód. Nasza kierowniczka wręczyła nam mapy i poszliśmy szukać wrażeń. Opiekunowie oczywiście wciąż czujnym okiem obserwowali nasze zmagania. Najmłodsi też mieli swoją ścieżkę i mapę, by i oni mogli poczuć dreszczyk emocji związany z poszukiwaniem poszczególnych punktów na mapie. Do ośrodka wróciliśmy już po zmroku, ale bardzo zmęczeni i pełni niezapomnianych wrażeń.
piąty dzień zgrupowania
Dzień jak co dzień. Rozruch, śniadanie i plaża. Zapowiadają nagłą zmianę pogody, więc korzystamy. W końcu w domu nie ma ani morza, ani plaży :)
Po ciszy poobiedniej też poszliśmy na plażę, jednak jak się okazało nie było już tak pięknie. Nasi opiekunowie zaplanowali dla nasz CHRZEST MORSKI. Musieliśmy przejść pięć prób: wodną ścieżkę tortur, błotne spa, piaskowe oczyszczenie, cytrynowy uśmiech i upuszczanie krwi. Jeśli myślicie, że wiedzieliśmy co nas czeka, to jesteście w błędzie. Czterdziestu trzech, jeszcze nie wilków morskich, przystąpiło do pierwszej próby. Nie, nie, nie!!! Najpierw kazano nam zrobić ścieżkę tortur!!! Nieświadomi i pełni ufności zrobiliśmy lej, po którym potem musieliśmy skakać. Lano na nas zimną, morską wodę. Nie myślcie, że tylko tym z przodu się oberwało. Gdy zabrakło wody padała komenda „YAME” i czekaliśmy, aż pomocnicy naszych katów zrobią zapasy. Przetrwaliśmy. Mokrzy czekaliśmy na to, co będzie dalej. I doczekaliśmy się. Stanęliśmy tyłem do morza, a oprawcy, czyli kadra i pomagierzy, folgowali sobie robiąc nam na plecach błotny masaż. Drugą próbę mieliśmy za sobą. Jak to w spa bywa, tak i u nas trzeba było się oczyścić. Kładliśmy się więc na piasku i turlaliśmy się do morza. Umoczeni i oczyszczeni poszliśmy na linię zbiórki. Trzy próby za nami. Rozdano nam po kawałku cytryny. Trzeba było zjeść ją z uśmiechem. Zjedliśmy, ale czy to, co pokazaliśmy na naszych twarzach można było nazwać uśmiechem, to już nie nam oceniać. Przed nami było kolejne wyzwanie, jak się potem okazało na szczęście ostatnie. Mieliśmy nałożyć na głowy nasze czapki obozowe, aby zasłonić oczy, a prawą rękę wyciągnąć do tyłu. Mówili, że w geście braterstwa upuszczą nam trochę krwi. Czuliśmy rysę na przedramieniu, a zaraz potem coś zaczęło nam ściekać po ręce. Dopiero, gdy nam pozwolono mogliśmy zobaczyć, że po naszych rękach spływa ... najzwyklejszy ketchup. Ratownicy pozwolili się nam wykąpać w morzu. Zasłużyliśmy sobie, bo w końcu byliśmy ochrzczeni. Zabrakło tylko Neptuna, który by do nas mówił „Nadaję Ci imię Muszelka” albo „Nadaję Ci imię Wzburzonej Fali”, ale cóż…  Widać nawet Neptunowi w takie zimno nie chciało się wychodzić z domu :)
Wieczór przyniósł nam kolejną atrakcję. Mieliśmy dyskotekę. Zwykle tak bywa, że dopóki jest jasno, to nikt się nie bawi, ale nie u nas. Zaczęliśmy od razu. Najstarsi chłopcy, szczególne Florian, zadbali o to, byśmy się dobrze bawili. Szaleliśmy. W ramach odpoczynku wychodziliśmy szaleć przed ośrodkiem. Dziwne są nasze pomysły na relaks. O 21:30 zakończyliśmy dyskotekę i poszliśmy szykować się do ciszy nocnej. Za nami był kolejny, bardzo udany dzień.
 
szósty dzień zgrupowania
Dzień inny od pozostałych. Pobudka o 7:00. Śniadanie o 7:40 i chwilę potem wyjazd do Kołobrzegu. O 10:00 spotkaliśmy się z Panią Anią – naszą przewodniczką. Już na początku zapowiedziała, że jej praca to nasz relaks i dlatego nie będzie dat i nudnego gadania. I trzymała się tego trzeba przyznać do końca. Z tyłu miejskiego ratusza wszyscy prawą ręką, zgodnie z tym, co mówiła Pani Ania, trzymaliśmy głowę skazańca, bo podobno spełnia ona marzenia i daje gwarancję powrotu do Kołobrzegu. Potem przeszliśmy do katedry, gdzie usłyszeliśmy wiele ciekawostek, z których najbardziej w głowach utkwiła nam historia ogromnego świecznika. Pierwszy raz spotkaliśmy się też z tym, że w musieliśmy odnaleźć jak najwięcej zwierząt umieszczonych w katedrze na rzeźbach, malowidłach lub w innych postaciach. Po wyjściu z katedry udaliśmy się w kierunku portu, by odbyć VIKINGIEM nasz rejs po morzu. Wszyscy zostaliśmy wikingami, nawet Anakin :) Później spacer po molo, lody, gofry, rybka i … ruszyliśmy w drogę powrotną do ośrodka.
Wycieczka dała nam trochę w kość, dlatego po kolacji poszliśmy na basen. Nic tak dobrze przecież nie robi przed snem, jak relaksacja. Tu jednak znowu spotkała nas niespodzianka. Sensei Jola zafundowała nam krótki trening w basenie. Było fajnie. Czekamy na jeszcze.
siódmy dzień zgrupowania
Kolejny dzień obozu, ale pierwszy dzień testów sprawnościowych. Rano jak zwykle rozruch, po śniadaniu rozgrzewka, a potem testy. Wszyscy dopingowaliśmy się wzajemnie. Wiadomo, że skoro sport, to i rywalizacja, ale najważniejsze było to, aby oprawiać swoje własne wyniki.
Po obiedzie czas na relaks. Pojechaliśmy do Gąsek zwiedzać latarnię. Godzinę staliśmy w kolejce, choć właściwie to kierowniczka i shihan Brudniak stali, bo my udaliśmy się do innych kolejek po lody, gofry i inne rarytaski dla naszych kubków smakowych. No, ale kiedy nadszedł czas naszego wejścia, wiernie staliśmy przy ich boku. Na latarnię nie weszliśmy. Wchodzenie jest dla zwykłych śmiertelników. My tam po prostu wbiegaliśmy. Niektórych przy 130 stopniu złapała zadyszka, ale chwila na oddech i dalej do góry. Widoki piękne, ale wiatrzysko niemiłosierne nawet dla takich zdobywców szczytu jak my. Po powrocie z Gąsek zdążyliśmy już tylko na zakupy do Polo Marketu, bo trzeba było uzupełnić zapasy wody, ciastek, orzeszków, paluszków itd.
Wieczorem relaks na basenie. Tyle na dziś. :)
ósmy dzień zgrupowania
No i stało się. Poranek przywitał nas deszczem. Dobrze, że sprytna kierowniczka wcześniej zarezerwowała salę, więc mieliśmy gdzie odbyć treningi po śniadaniu i po obiedzie. Dostaliśmy w kość, ale przecież przyjechaliśmy tu po to, aby odpocząć i poćwiczyć.
Wieczorem ognisko. Przestało padać, więc mogliśmy piec sobie kiełbaski. Graliśmy też w siatkę, kosza i ziemniaka. Kolejny dzień szybko minął. Szkoda. Za dwa dni wracamy do domu :(

dziewiąty dzień zgrupowania
Nie pada. Mogliśmy iść na poranny rozruch. Po śniadaniu korzystając ze sprzyjającej pogody kończyliśmy testy sprawnościowe. Biegi, biegi, biegi. Biliśmy swoje rekordy, rywalizowaliśmy z innymi. Każdy dawał z siebie wszystko, a na ostatnich metrach wręcz wykrzesywał z siebie całą energię. Niektórzy tak pędzili, że po przebiegnięciu mety zatrzymywali się dopiero na ramionach trenerów.
Jeszcze przed obiadem poszliśmy na plażę, jednak nie po to, by się relaksować, ale na trening. Ubrani w kimona ćwiczyliśmy na plaży. Mieliśmy ogromną publiczność. Wczasowicze nagrywali nasze poczynania. Nasi trenerzy zrobili chrzest tym, którzy na początku wakacji zdali egzamin na czarny pas. Julia Wocka i Michał Szostecki z godnością przyjęli okładanie czarnymi pasami. Życzymy im, aby byli dumni z tego, że mogli dostąpić zaszczytu wstąpienia do tego zaszczytnego grona karateków. Zaraz po tej ceremonii robiliśmy zdjęcia grupowe, klubowe i trochę indywidualnych. Były to dość krótki czas na przerwę, bo potem znowu trening, ale tym razem w morzu. Nasi trenerzy wiedzą, co zrobić, by dać nam wycisk. Trzeba im jednak przyznać, że zabawa przy tym była przednia. Widać tak nam zorganizowano pobyt na zgrupowaniu, że najpierw żeśmy się relaksowali, a teraz ćwiczymy pełna parą. Może dlatego byśmy byli zmęczeni w drodze powrotnej albo czuli się bardziej spełnieni:)
Po ciszy poobiedniej basen! Naprawili jacuzzi. Kadra miała zasłużony relaksik a my więcej miejsca w basenie :) Wszyscy byliśmy znowu zadowoleni. Wieczorem miał być trening, ale znieśliśmy tylko tatami i sprzęt sportowy do autokaru. Mieliśmy wreszcie czas na oglądanie zachodu słońca. Niestety na horyzoncie pojawiły się chmury, ale nie przeszkodziło to nam w zrobieniu super fotek.
Przed nami ostatnia noc. Zielona noc!!! Spokojnie. Tradycyjnie już wysmarowaliśmy się pastą do zębów, ale po naszemu. Na trawniku przed ośrodkiem, by nie zabrudzić niczego w budynku zrobiono z naszych pasów koło. Kilka osób w kole czekało na rzeż niewiniątek, kilka za kołem smarowało sobie ręce pastą do zębów. Niektórzy wyciskali całe tubki, bo mieli tylko jedną szansę na smarowanie innych. Na hasło wchodzili do koła i smarowali wszystkich. A potem zamiana ról. Można było się odgryźć. W taki sposób wszyscy byliśmy wysmarowani. Tylko kadra jakoś się z nami nie bawiła. Szkoda, to mogło być przysłowiową wisienką na torcie :).  
dziesiąty dzień zgrupowania
Ostatni dzień nad Bałtykiem. Od rana pięknie świeci słońce. Nie ma porannego rozruchu. Po śniadaniu poszliśmy na nasze ostatnie plażowanie i kąpiel morską. Bałtyk nagrodził nas za całą pracę na zgrupowaniu. Woda była ciepła i tak przejrzysta, że nawet daleko od brzegu było widać dno. Po godz. 11 kierowniczka ściągnęła nas do ośrodka. Zaczęła się akcja pakowania bagaży. Szło nam bardzo sprawnie. Przed obiadem wszystkie walizki były w autokarze.
Potem czekała na nas ostatnia już zaplanowana atrakcja, czyli rejs statkiem po jeziorze Jamno. Trzeba przyznać, że w czasie naszego pobytu zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc i przeżyliśmy fajne przygody. Ten rejs też był taki. Choć spokojny, bez fal, to i tak miał swój urok. Kto chciał mógł na chwilę siąść za sterami i poczuć się kapitanem. Podziwialiśmy widoki, brzegi jeziora pełne bujnej roślinności i ptactwa. Bądźmy jednak do końca szczerzy. Byli i tacy, którzy zamiast tych widoków woleli oglądać swoje telefony. Może to i dobrze, że nam wychowawcy je zabierali przez cały obóz. Czas zacząć oglądać świat, taki jaki jest, a nie żyć medialnym rytmem dnia. Fotografie wykonane przez Jolantę Brudniak oraz Zuzannę Tupko.
Byliśmy już zmęczeni. Tak, byliśmy. Po kolacji nie poszliśmy na spacer promenadą. Zostaliśmy na placu w ośrodku. Część z nas grała w siatkówkę, część w kosza, część bawiła się z Anakinem, a inni siedzieli i rozmawiali ze sobą. Pokoje były już oddane. O godzinie 21:10 ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Żegnaj Mielno. Żegnaj Bałtyku. A może nie żegnaj, ale do zobaczenia za rok?????????
Dziękujemy Pani Sylwii za zorganizowanie tego wyjazdu. Dziękujemy naszym opiekunom za dbanie o nas przez cały ten czas. Dziękujemy naszym rodzicom, że nas na to zgrupowanie wysłali. Dziękujemy też pracownikom Ośrodka Wypoczynkowego „Bałtyk” za to, że mogliśmy u nich gościć i bardzo dobrze się bawić. No i nie można zapomnieć o podziękowaniach dla firmy przewozowej FOLTRANS z Gogolina, która dzięki Panu Zbyszkowi bezpiecznie dowiozła nas na miejsce, wszystkie planowane wycieczki i przywiozła do domu.
Oss!

Nasi partnerzy